Wizyta u Chrisa Lukhaupa - luty 2005

(strona 3/7)


Chris w tym czasie gdzieś zniknął, ale i tak wiedzieliśmy że znajdziemy go przy rakach, więc oglądaliśmy sobie spokojnie inne akwaria.

W hurtowni znajdowały się naprawdę fantastyczne i ciekawe okazy, zarówno ryb jak i skorupiaków oraz gadów. Około 500 dojrzałych osobników krewetki szklistej wyglądało na tyle ładnie, że musieliśmy się przed nimi zatrzymać i chwilę popatrzeć jak zielonkawo-seledynowe siodełka krewetek poruszają się na dużym brązowym korzeniu. Były to najprawdopodobniej Macrobrachium idella.



Po drodze mijaliśmy regał z gadami i płazami. - Spójrz mi w oczy słodziutkia - powiedziałem spoglądając na wielką jaszczurkę . No i spojrzała :) Oczy miała głęboko zamyślone. Może miała depresję ;) - Pewnie wieczorami rozmyśla i pisze wiersze, biedna - pomyślałem i ruszyłem by dogonic Chrisa i Jackie. Po drodze trafiłem jeszcze na salamandrę która cierpiała na katatonię, a może pozowała mi tylko do zdjęcia ;) Tak czy inaczej uwieczniłem ją.



Minęliśmy kolejny regał z akwariami.

- O jest Chris. Przy rakach. - zauważyła Jackie
- Czy są tutaj raki Cherax destructor? - spytała.

- Możemy sprawdzić, powinny być - odpowiedział i dał nam znac byśmy poszli za nim. Weszliśmy do przeszklonego, nieogrzewanego pomieszczenia (w którym i tak było ciepło).

"Byłam już trochę tym wszystkim oszołomiona, nie pamiętam by nawet w zoo trafiła sie okazja ogladania tylu rarytasów. A miałam jeszcze zobaczyć na żywo zwierzę moich marzeń - raka o jakże cudownej nazwie Cherax destructor. Na zdjęciach prezentował się okazale, z drżeniem serca podchodziłam do kadzi, pełna obaw czy aby okaże się tak wspaniały jak sobie wyobrażałam.

Faktycznie, pierwszy rzut oka w kadź był lekkim rozczarowaniem. Stwór był ładny, ale żeby zaraz "destructor"? ;) Chris zapytał chytrze (jakby przeczuwając późniejsze zdarzenia) czy umiem łapać raki. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą że nie - do tej pory jedynym rakiem jakiego miałam okazję trzymać w ręku był raczej niepozorny i mało bojowy Procambarus fallax. Ale miałam straszną ochotę potrzymać tego destructora... :) i Chris to zauważył.

Błyskawicznie wydobył z kadzi ponad 20-centymetrowe bydlę, które natychmiast zaczęło energicznie machać odnóżami i wyginać w tył potężne szczypce, trzepiąc przy tym odwłokiem jak szalone. Zaczęłam wątpić czy to dobry pomysł na taki początek znajomości z potworem, ale już nie było wyjścia. Chris pokazał dokładnie jak i gdzie go złapać, mokrymi ze zdenerwowania palcami zdecydowałam się w końcu spróbować.

Co tu dużo gadać - destructor okazał się sprytniejszy ode mnie. Żałuję tylko że na zdjęciu nie widać mojej twarzy - przerażenie wymieszane z grymasem bólu musiało wglądać przezabawnie, bo Chris pękał ze śmiechu. Mnie do śmiechu było jakieś tysiąc kilometrów, trudno o poczucie humoru mając palec w żywym imadle. Instynkt podpowiedział mi by nie wyrywać palca a ścisnąć szczypce agresora w przegubie, ze strachu przed utratą narzędzia mordu zwolnił ucisk. Mój palec był ocalony, a ja zlana potem i bez kropli śliny w ustach.

Spojrzałam bestii w ślepia, nie był ani trochę wystraszony, raczej wściekły - wzbudził we mnie czułość, szacunek i... zakochałam się bez granic w turkusowo-pomarańczowym Panu Cherax destructor :)"


<<< wstecz
dalej >>>


  
© Szewczak & Sawicka     web-admin: Michał Kopystyński